DROGI KRYTYKU – CZY POSKŁADAŁEŚ JUŻ WŁASNE ŻYCIE?

Są momenty, gdy pojawiam się w biurze. Dla atmosfery i wypicia kawy ze współtowarzyszami z pracy. Jest to absolutnie nieefektywnie spędzony czas, który jest podręcznikowym przykładem złego spożytkowania czasu w pracy, ale wybaczcie – lubię te chwile. Przynajmniej do chwili w której nie wkraczają w obszar plotek i obgadywania osób trzecich. Wtedy można dostrzec, że staram się zmienić temat na neutralny, a w razie bezowocnych wysiłków dziękuję za wspólną kawę i wracam do pracy.
 
Nie chcę marnować czasu, ani energii na mówienie co ktoś zrobił źle i powinienem poprawić, bo sam mam jeszcze tonę rzeczy do przepracowania, a świętszy od papieża nigdy nie byłem. Jeśli już to robię to staram się to robić tak, aby dokonać jakiejś zmiany. Na przykład rozmawiając z tą osobą twarzą w twarz. Obgadywanie kogoś za plecami nie załatwia tematu. Wyobraźcie sobie zresztą, że ofiara rozmów wszystko podsłuchała i weszła do pomieszczenia. Nie czulibyście się idiotycznie? Co jeśli wy jesteście ofiarą tych rozmów?
 
Cały ten blogasek jest zresztą w formacie „ja robię”. Staram się unikać jak ognia mówienia co inni powinni robić, bo nie wszystko sprawdzi się u każdego. Można się mną inspirować, brać dla siebie to co nam odpowiada, a całą resztę zwyczajnie ignorować. Pewnie w wielu sprawach wciąż się jeszcze mylę, albo jest to myślenie dalekie od doskonałości.
 
Niedawny przypadek dziennikarza z serwisu weszlo.com, gdy anonimowy internauta rzucił stwierdzenie, że zapierdoli mu syna (KLIK) niestety nieco potwierdza moją prywatną tezę, że za hejterami często kryje się ich osobista frustracja. Mają niepoukładane życie (no bo jeśli z powodu trudnej sytuacji finansowej może wpłacić tylko 140 złotych to sporo już o nim mówi; tak, wiem, pieniądze to nie wszystko), więc złość wyładowują w sieci.
 
Dawanie rad? Uważam za wysoce ryzykowne. Wolę, by ktoś mógł po prostu mnie podglądać i brać dla siebie coś z tego wedle uznania. Nie jestem tą osobą i nie umiem powiedzieć co się u niej sprawdzi. Co nie znaczy, że jeśli wiem, że coś można zrobić lepiej to nie podsunę delikatnej sugestii.
 
Jeśli ktoś mi z jakichś powodów nie pasuje (co działa w dwie strony) to nie spędzam czasu na dopierdalaniu, ale przestaję tą osobą się interesować. Odsubkrybowuję, blokuję, przestaję obserwować, przestaję się odzywać, albo zapraszać.
 
Odzyskany na powyższe rzeczy czas wolę inwestować w siebie i cieszenie się SWOIM życiem. Albo sukcesami bliskich i przyjaciół.
 
Mam wrażenie, że nie wyjaśniłem jeszcze należycie i są tu jakieś dziury do których ktoś może się (być może słusznie) przyczepić, więc w razie czego sprostuję :>