„Opanowałem sztukę poddawania się” – Grzegorz Miecznikowski

Szkoleniowiec, bloger, specjalista od sprzedaży i komunikacji.

Communications Geek pełną gębą. Założyciel i dyrektor zarządzający w Agencji S Words,

specjalizującej się w social sellingu i oraz w wsparciu marketingowym start-upów i e-commerce. Z marketingiem i sprzedażą związany od prawie dekady.  Mieszkał i pracował m.in. w Kijowie i Brukseli. Jest stałym klientem linii lotniczych na trasie Warszawa-Londyn, właścicielem trzech kotów oraz psa rasy siberian retriver, wielbicielem komiksów i filmów o superbohaterach. Więcej na www.grzegorzmiecznikowski.pl.

 

(rozmowa jest elementem większej całości; to co za nimi stoi opisałem TUTAJ)

 

Jedne z najlepszych decyzji jakie podjąłeś / aś w życiu (i dlaczego tak uważasz)?

Te najlepsze decyzje były zawsze najbardziej ryzykowne – wczesne usamodzielnienie się, rozpoczęcie pracy zarobkowej jeszcze na studiach, urlop od studiów i wyjazd do pracy do Kijowa i Brukseli, zmiana kariery po kilku latach, pójście na staż do agencji PR-owej, dołączenie do startupu, inwestycja w gastronomię, a potem salon fryzjerski.

Nie wiem czy znajdziesz w moich decyzjach jakiś wzór na sukces, bo to nie od naszych decyzji zależy, a od tego czy nie boimy się sparzyć i wykorzystać tego, co akurat przynosi nam los. Dostałem od życia i ludzi wiele szans, a decyzję które podejmowałem prowadziły mnie dalej. Wybory, których dokonywałem otwierały lub zamykały kolejne drzwi.

Nie wiem czy wiesz, ale tak w ogóle to miałem być aktorem. Kiedy byłem dzieckiem grałem w filmach, reklamówkach, serialach, dubbingowałem, prowadziłem programy telewizyjne. W liceum mi się jednak wszystko odwidziało. Trafiłem na świetną polonistkę – Małgorzatę Posel, która rozbudziła we mnie miłość nie do czytania, a do pisania. Potem trafiłem, jeszcze w liceum, do Stowarzyszenie Młodych Dziennikarzy – Polis. Tam pod okiem Haliny Bortnowskiej i Anny Alboth, mogłem doskonalić swój warsztat dziennikarski i pisarski. To właśnie dzięki rekomendacji Ani, tego że zaufała w moje umiejętności, dostałem pracę redaktora internetu w Gazecie Stołecznej, gdzie miałem okazję pracować z utalentowanymi i doświadczonymi redaktorami – Sewerynem Blumsztajnem, Wojtkiem Tymowskim, Edytą Różańską czy Agatą Żelażowską. To był naprawdę świetny czas w moim życiu, bo mogłem się rozwijać, poświęcałem każdą wolną chwilę na szlifowanie różnych umiejętności – nie tylko dziennikarskich, ale także tych związanych z prezentacją i tworzeniem treści multimedialnych i internetowych. W pewnym momencie wyjechałem na stypendium do Kijowa i tam pracowałem przy rozwoju ukraińskiej wersji Blox, czyli blogowego portalu Agory. Po powrocie prowadziłem już własną kolumnę w Gazecie Wyborczej, brałem udział w akcjach specjalnych.

Nigdy nie stałem w miejscu, nawet wtedy, kiedy jako dziennikarz się wypaliłem. Postanowiłem zmienić branżę i przejść na „ciemną stronę mocy”, czyli do PR-u i marketingu. Przez trzy lata pracowałem, m.in. dla CRS Bielany, wspomagałem organizację pozarządowe w działaniach PR, prowadziłem nawet warsztaty i obozy dziennikarskie dla młodzieży. Po tych trzech latach osiągnąłem sufit, a przynajmniej tak mi się wydawało, i zapragnąłem założyć własną agencję. Ale to doświadczenie też, gdzieś musiałem zdobyć, mimo że wydawało mi się wtedy, ze wiem wszystko.

Zgłosiłem się na staż do LEWIS PR – agencji, która stanowi czołówkę w międzynarodowych agencjach sieciowych. Zespół dostrzegł we mnie jakiś potencjał, bo zamiast do PR-u trafiłem do działu sprzedaży. Stamtąd trafiłem na jakiś czas do Prowly, który znajdował się w początkowej fazie rozwoju i to też była prawdziwa lekcja życia, którą bardzo doceniam. W międzyczasie założyłem działalność gospodarczą, ale tak naprawdę z własną agencją, pełną parą i na poważnie ruszyłem w ubiegłym roku. Teraz, nie tak jak 4 lata temu, kiedy S Words powstała, jestem pewny tego jak ją prowadzę, rozwijam, pozyskuje klientów, gdzie i dokąd zmierzam.

Jak więc widzisz, tutaj żadnego wzoru na sukces nie ma. Jest za to mały morał. Nie ważne, co się robi, gdzie się pracuję – ważne, żeby w każdym miejscu, w każdej pracy dawać z siebie wszystko i uczyć się najwięcej jak się da. Bo to nie szczęście, nie decyzje, a ciężka praca i umiejętności, które zdobywamy pozwalają odnieść sukces.

 

Jedna z najgorszych decyzji jaką prawdopodobnie w życiu popełniłeś/aś i jaka jest tego historia?

Wydaje mi się, że przynajmniej raz w tygodniu podejmuję jakąś złą decyzję (śmiech)

Ale prawdę mówiąc, mimo że część z nich bardzo odbiła się na mnie finansowo, życiowo lub zdrowotnie, żadnej nie żałuję, bo każda z nich to lekcja, która pozwala mi się rozwijać. Ostatnie trzy lata lata były mnie bardzo ciężkie – obfitujące w skrajności od wielkich porażek do wielkich sukcesów.

Kiedy zdiagnozowano u mnie nowotwór szczęki. Dlatego nie uśmiecham się często, dlatego walczę z kompleksami swojego uzębienia, dlatego też często z powodu zdrowotnych komplikacji rezygnuję z udziału w konferencjach, branżowych eventach i spotkaniach, dlatego też często łapię doła. I nie jest to uskarżanie się, chęć wzbudzenia litości czy pozyskania nowych lajków, bo było mi tak trudno w życiu. Kiedy walczyłem z nowotworem, kiedy chciałem zapomnieć o bólu, także tym własnego istnienia, nadużywałem alkoholu i narkotyków – zarówno twardych jak i miękkich. Dlaczego o tym piszę? Bo jest mi wstyd, że zamiast wziąć byka za rogi, uciekałem, próbowałem zapomnieć, nie poświęciłem się w całości walce z chorobą. Wolałem ją zapić, zamiast polegać na obcych ludziach – lekarzach, przyjaciołach, rodzinie, ale przede wszystkim na samym sobie.

Pokonałem nowotwór. Od początku diagnozy, wszystkim osobom, które wiedziały, mówiłem że „to taka grypa, ale z silniejszymi lekami”. Nie opowiadałem o tym publicznie, wiedziała jedynie garstka osób. Nie chciałem onkologicznej gloryfikacji oraz współczucia i litości. Chorobę pokonałem samodzielnie i nauczyłem się, że mimo wszystko jestem nie do zdarcia.

Klapą okazało się wiele projektów, które prowadziłem w ciągu kilku ostatnich lat. Spaliłem wiele mostów i zawaliłem współprace z agencją content marketingową, z londyńskim funduszem inwestycyjnym i agencją szkoleniową. Nawet kooperacja z jedną z warszawskich restauracji nieomal skończyła się rozprawą sądową za naruszenie moich dóbr osobistych, a szansa na stworzenie świetnego start-upu w branży e-learningowej bezpowrotnie umknęła.

Rok 2016 w ogóle minął pod znakiem wycofania zawodowego z powodu wstydu i braku sukcesów. Szukałem też siebie na nowo, kiedy wycofałem się z branży. Teraz jednak wiem, że zrobiłem dobrze, bo zobaczyłem, kto jest moim prawdziwym znajomym, ilu mam przyjaciół. Nauczyłem się też wiele o biznesie, co dzisiaj pozwala mi prowadzić efektywnie własną agencję i pozyskiwać nowych klientów.

I co ważne, mimo porażek, mam powody do dumy.  Wszystko osiągnąłem sam. Oczywiście na mojej drodze pojawiali się ludzie, którzy dawali mi szansę, ale to jak ją wykorzystałem zależało już tylko i wyłącznie ode mnie. Do tej pory staram się wykorzystywać dane szansy najlepiej jak tylko umiem. Tylko ja odpowiadam za swoje sukcesy i tylko sam siebie mogę obwiniać za swoje porażki. Jestem dumny, że mam kontrolę nad swoim życiem, że to ja decyduję, jakie projekty robię, z kim pracuję i od kogo się uczę i czy złą decyzję będę traktował, jako decyzję rzeczywiście złą czy po prostu kolejną lekcję.

 

Jakie myśli / nawyki pozwoliły ci zmienić życie na lepsze?

Opanowałem sztukę poddawania się. Kiedy mówiłem „poddaje się”, zawsze myślałem, że ponoszę porażkę, że w bolesnym upokorzeniu powiewam białą flagą, że przegrałem i okazałem słabość. Ale „poddać się” może oznaczać także akceptację faktów i wydarzeń, podporządkowanie się im i w paradoksalny sposób zdobycie nad nimi kontroli. A to wcale nie jest złe. Wręcz przeciwnie. I zobacz, od razu „poddać się” zmienia znaczenie.

Zauważyłem, że kiedy się poddaję, sprawy idą płynniej, szybciej i lepiej. Pozwalam im się po prostu dziać, zamiast sprawiać, że się wydarzają.

W praktyce poddanie się oznacza zaprzestanie walki – walki z sobą, wszechświatem i naturalną koleją rzeczy. To zaprzestanie oporu i przepychania na siłę swoich racji przez rzeczywistość.

Poddania się nie należy jednak rozumieć jako braku akcji. To podejmowanie jej z innego miejsca. „Opór” tylko utrudnia życie. Kiedy stawiasz opór, oznacza to, że czegoś nie akceptujesz, unikasz, a przez to tracisz szansę na cenne doświadczenia i zbudowanie bogatego w pozytywne emocje życia. Dotyczy to zarówno biznesu jak i życia prywatnego. Bo wyobraź sobie, że umawiasz się na randkę, ale potem odrzucasz kolejne zaloty albo stwierdzasz od razu, że mimo wszystko i tak z tego nic nie będzie. Na randkę więc nie idziesz. Podskórnie jednak o związku marzysz, ale przez to że odrzucasz kolejną i kolejną szansę, tkwisz w stanie, który może cię, po prostu, „dołować”. Jest to jednak stan bezpieczny i znany, wydający się „tą lepszą opcją”. To nic innego jak typowy opór, unik.

Wyobraź sobie, że dostajesz propozycję pracy w innym mieście, za dużo lepsze pieniądze, a swojej obecnej pracy nie lubisz. Nie chcesz jednak zostawić mieszkania, przyjaciół i kto wie czego jeszcze. Będziesz więc pracował przez kolejne lata w tej samej firmie, frustrując się jeszcze bardziej. Ale to znowu opór i wybór znanej opcji.

Wszyscy stawiamy czemuś w życiu opór (nawet ci, którzy uważają, ze nie stawiają oporu w ogóle i cieszą się tym, co mają, po prostu stawiają opór zmianom). Opór nie robi nikomu dobrze. Wysysa wszystkie życiowe siły, miłość, energię, nie pozwala się skupić, niszczy relacje, związki, nasze zdrowie (bo ileż można się denerwować) i przeszkadza w osiąganiu sukcesów w pracy.

Opór może dotyczyć naprawdę błahych rzeczy – jak odmawiania sobie snu przez pracę lub imprezy, unikania trudnej rozmowy z szefem czy przyjacielem. Może jednak dotyczyć też rzeczy dużo większych – zmiany ścieżki zawodowej, przeprowadzki, skończenia toksycznego związku czy wybaczenia wyrządzonych nam krzywd.

Łatwo zauważyć, kiedy jest się w trybie kontroli, a nie poddania. Człowiek czuje wtedy inną energię (tak, to ja, i naprawdę nie wierzę, że to piszę, ja człowiek logiczny i sceptyczny do tego typu filozofii, a energię kojarzący jedynie z tą elektryczną).

 

Najlepsza i najgorsza rada / myśl / przysłowie, które przychodzi ci do głowy?

„Rób to co kochasz robić. Znajdź swoją pasję. Jedynym sposobem, aby osiągnąć sukces jest kochać, to co robisz” – myśl Steve’a Jobsa, wmawiana nam na każdym kroku przez smutnych trenerów rozwoju osobistego, jest największym kłamstwem współczesnej psychologii biznesu.

Jobs, postać dziś już niemal legendarna, nie osiągnął swojego sukcesu w pojedynkę – w dużej mierze zawdzięczał go współpracy z projektantami, inżynierami i myślicielami, ale także z Kobunem Chino Otogawą.

Otogawa był buddyjskim kapłanem zen, który na początku lat 70. ubiegłego wieku wyemigrował z Japonii do Stanów Zjednoczonych. Zen było pasją Jobsa i wielkim hobby. Wolał jednak związać karierę z technologią i marketingiem. W swojej książce „So Good They Can’t Ignore You”, Newport twierdzi, że podążanie za jedną pasją to ślepa uliczką. Lepiej jest określić swoje słabe i mocne strony oraz rozpoznać umiejętności i zainteresowania, które mogą być unikalne w naszym środowisku pracy i w ten sposób podnieść swoje zadowolenie oraz budować kapitał biznesowy, który można… spieniężyć.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego uważam, że podążanie za pasją jest największym mitem współczesnego świata i paplaniną smutnych trenerów rozwoju osobistego – to rzeczywistość. Musisz zapewnić byt sobie, rodzinie, opiekę zdrowotną i chociaż przysłowiową miskę ryżu raz dzienne.

I tak, uważam że ważne jest robić to co się lubi, ale ważniejsze jest nie stresować się, nie szamotać się i nie poddawać się presji, żeby „robić to co się kocha i nie pracować nigdy więcej”.

Jeśli chodzi o najlepszą radę to jest nią rada Wiktora Osiatyńskiego: „Wstać rano, zrobić przedziałek i się odpieprzyć od siebie. Czyli nie mówić sobie: muszę to, tamto, owo, nie ustawiać sobie za wysoko poprzeczki i narzucać planów, którym nie można sprostać. Bez egoizmu, ale bardzo starannie, dbać o siebie i o swoje własne uczucia. Poświęcać się temu, co sprawia przyjemność”.

Każdemu z nas wydaje się, że musi osiągać więcej, że musi się porównywać z innymi osobami, które wrzucają piękne zdjęcia na Instagrama, mają po parę tysięcy lajków na Facebooku albo udzielają wywiadów-rzeka do biznesowych magazynów. I jeśli czasem, tak samo jak i ja, łapiesz się na tym, że nie jesteś zadowolony ze swojego życia, oznacza to że możemy przybić sobie piątkę, bo mamy coś wspólnego – ty, ja i prawdopodobnie 40 milionów innych osób zamieszkujących nasz kraj.

Pamiętajmy, że nie musimy być kopią kogoś innego, że nie musimy robić dokładnie tego, co inna osoba, aby nasze życie miało znaczenie, abyśmy mógli odnosić sukcesy. Zamiast patrzeć na życie inne, przyjrzyjmy się swojemu, tak dokładnie jak się tylko da. Wyznajmy sobie swoje wady i grzechy, ale powiedzmy też sobie z czego jesteśmy dumni – w biznesie, w życiu i w relacjach międzyludzkich.

Doceńmy w końcu sami siebie i po prostu sobie odpuśćmy. Tylko wrzucając na luz, doświadczysz swojej własnej zajebistości.

 

Ulubione zajęcia, którym się oddajesz?

Śpiewanie. Śpiewanie leczy i jest to fakt. Nie tylko chodzi o tzw. duszę, ale i ciało. Śpiew wzmacnia nasze zdrowie fizyczne. Podczas śpiewania, występowania na scenie, a także publicznego mówienia, które sprawia nam przyjemność, podnosi się poziom hormonów szczęścia w naszym ciele. Gdy mówimy lub śpiewamy ciało i umysł przestawiają się na inny niż codzienny tryb działania. Angażujemy się w działanie wokalne całym sobą. Mówienie i śpiewanie, które nie jest emitowaniem głosu do osoby siedzącej obok, jest ogromnym pożeraczem energii i gimnastyką dla całego ciała. Nasze mięśnie zmuszane są do określonego wysiłku. Posługiwanie się głosem to czynność, w którą zaangażowane są liczne mięśnie między innymi te odpowiedzialne za wyprostowaną postawę, mięśnie oddechowe (wdechowe i wydechowe), mięśnie krtani, twarzy i języka.

Na co dzień śpiewam w chórze Voces Gaudii (https://www.facebook.com/vocespl/), czyli pierwszym chórze LGBT+ w Polsce. Naszym celem jest próba zaangażowania osób nieheteronormatywnych w działania kulturalne i społeczne oraz m.in. budowanie mostów za pomocą muzyki. Chór ma swoją siedzibę w Warszawie, ale koncertuje w całej Polsce oraz jest zapraszany do tworzenia oprawy artystycznej wielu wydarzeń LGBT+, jak np. konferencji Ilga Europe czy Parady Równości. W repertuarze chóru znajduje się zarówno klasyka jak i muzyka rozrywkowa w aranżacjach chóralnych. Voces Gaudii należy do Stowarzyszenia Legato, które zrzesza chóru LGBT+ z całej Europy.

W tym roku, w maju, będziemy reprezentować Polskę na festiwalu Various Voices w Monachium. To największy festiwal chórów LGBT+ w Europie i taka trochę chóralna Eurowizja. Festiwal Various Voices odbędzie się w tym roku po raz 14. w dniach 9-13 maja. W Monachium zaprezentuje się ponad 100 chórów z całej Europy liczących ok. 3500 śpiewaków. Poza koncertami indywidualnymi chórów w Gasteigu oraz w plenerze – na monachijskich placach i skwerach.. przewidziane jest także duże muzyczne wydarzenie. 3500 tysiąca chórzystów wykona razem Carminę Buranę Carla Orffa. Więcej o festiwalu oraz jego program można znaleźć tutaj: http://www.various-voices.de/.

Various Voices to dla nas nie tylko możliwość reprezentowania polskiej społeczności LGBT+ za granicą. To także okazja do wymiany doświadczeń i opowiedzenia o tym jak wygląda sytuacja osób LGBT+ w Polsce. Na przeszkodzie stoją jedynie finanse, dlatego rozkręciliśmy zbiórkę crowdfundingową, która pozwoli wynająć nam autokar i zapewnić stypendia dla najbardziej potrzebujących chórzystów. Zbiórkę można wesprzeć tutaj: https://zrzutka.pl/txvyb9.

Jestem też karaoke-maniakiem, cyklicznie uczestniczę także w różnego rodzaju jam sessions. Ale jest to hobby, z którym przyszłości zawodowej (chyba na szczęście dla ogółu) nie wiążę.

W wolnym czasie zajmuje się też edukacją – jestem mentorem, prowadzę prelekcję, pomagam organizacjom pozarządowym pro bono i piszę bloga – www.grzegorzmiecznikowski.pl.

 

Na co twoim zdaniem szkoda czasu?

Po pierwsze na fałszywych przyjaciół, kiepskich wspólników i nieszczerych znajomych. Przez ostatnie kilka lat bardzo dokładnie starałem się obserwować osoby, z którymi pracowałem i się zadawałem. Nie jest tak, że jestem mistrzem w interpretowaniu ludzkich zachowań, ale wiem, że biznesu, współpracy czy znajomości nie da się zbudować z ludźmi posiadającymi określony zestaw cech i emocji. Warto unikać:

 

  1. Ludzi, którzy osądzają

Zawsze będą krytykować wszystko, z czym wejdą w kontakt. I mimo że wyjaśnisz, o co chodzi, to i tak wleci im jednym uchem, a wyleci drugim. Osądzą cię, zanim usłyszą fakty i argumenty, bo w zasadzie nie potrafią słuchać. Nie są wprawni w kontaktach międzyludzkich. Kompletną stratą czasu jest pytanie takich osób o radę czy feedback.

  1. Ludzi, którzy są zazdrośni

Bycie przedsiębiorcą to wyboista ścieżka, którą pokonujesz raz na wozie, a raz pod nim. Uwierzcie mi, nie jest ważne posiadać jedynie grupę wspierających cię osób w sytuacjach, kiedy jest źle, ale także wtedy, kiedy jest dobrze. Zazdrośnicy będą deprecjonować twoje osiągnięcia tylko dlatego że nie są ich udziałem oraz uważać, że to im się one należą bardziej, ot tak, tylko dlatego, że „oddychają tym samym powietrzem”.

  1. Ludzi, którzy są fanatykami kontroli

Wiem, że teraz strzelam sobie sam w stopę, ale także z tego powodu próbuję oduczyć się wiedzieć wszystko najlepiej. Jeśli w swoim zespole posiadasz „control freaka”, wtedy może okazać się, że „gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść”. Oczywiście, można to przeskoczyć, wchodząc w tryb poddawania się. Fanatyk kontroli nie przyjmie jednak do wiadomości, że nie ma racji, a kiedy pokażesz mu jak bardzo się mylił, to jeszcze na ciebie nakrzyczy (na szczęście z tego już wyrosłem prawie dekadę temu, a teraz cały czas uczę się oddelegowywać zadania i poddawać się).

  1. Ludzi, którzy są aroganccy

Ludzie pewni siebie inspirują, a aroganccy próbują cię zastraszyć i wkurzyć. Czują, że są lepsi od każdego. I o ile w życiu prywatnym może to jedynie irytować, o tyle w życiu zawodowym czy biznesie taka osoba może stworzyć jedynie niekomfortowe miejsce pracy.

  1. Ludzi, którzy zawsze są ofiarami

Takie osoby zawsze obwiniają innych o swoje własne niepowodzenia – były wspólników, współpracowników, kontrahentów, a nawet klientów. Zawsze są oszukiwani przez każdego i nigdy niczemu nie są winni – na co mają bardziej lub mniej logiczne wymówki (z mojego doświadczenia powiem, że w tym wypadku logika jednak ich zawodzi). Takie osoby nie reprezentują sobą nic. Eliminując je ze swojego biznesu i życia, uwolnisz się od bólu głowy.

  1. Ludzi, którzy nie oddzielają życia zawodowego od prywatnego

Oczywiście można nawiązywać bliskie relacje ze współpracownikami czy zaprzyjaźnić się ze wspólnikiem, dostawcą lub klientem. Jednak prędzej niż później przełoży się to na współpracę, spowoduje zgrzyty i pomówienia. Osoby niepotrafiące oddzielić życia zawodowego od prywatnego będą obrażały się za zawodowe uwagi i odbierały je zbyt osobiście. Będą wchodzić z butami w twoje życie prywatne. Wyznaczanie granic może nie pomóc, więc najlepiej od razu uciekaj od takiej osoby.

Nie warto też tracić czasu na nienawiść i rozpamiętywanie przeszłości. Wybaczenie jest rzeczą trudną, ale pozwala uwolnić się od negatywnych emocji, takich jak złość czy nienawiść. Zawsze warto mówić jak jest, ale warto też najzwyczajniej w świecie czasem odpuścić i iść dalej. Zapomnieć o sprawach błahych, rzeczach, które stanowią jedynie pożywkę dla ego i osobach, które w perspektywie kilku lat i tak nic dla nas znaczyć nie będą, a na pewno nie wniosą do naszego życia nic konstruktywnego. Albert Einstein powiedział: „Są dwie drogi, aby przeżyć życie. Jedna to żyć tak, jakby nic nie było cudem. Druga to żyć tak, jakby cudem było wszystko”

Wybieram drugą opcję. Możecie uznać, że trochę naiwnie. Chce jednak wierzyć w przyjazny wszechświat, różnorodny, pełen tęczy, jednorożców i wspaniałych ludzi oraz karmy, która zawsze wraca.

 

Które umiejętności twoim zdaniem mogą przydać się w życiu najbardziej?

Ostatnie kilka lat spędziłem na samodokształcaniu się. Własna firma to nie sprint, lecz maraton i okazuje się, że wiedza i umiejętności, które już posiedliśmy, są często zwyczajnie niewystarczające. Możliwe, że kiedyś powstanie dobra szkoła biznesowa albo samemu uda mi się takową założyć, po to, żeby ułatwić start przedsiębiorcom.

Jak wyglądałby idealny program? Każdego dnia kilka godzin poświęconych byłoby nauce programowania, tworzenia grafik czy własnej strony internetowej – choćby w oparciu o różne, gotowe rozwiązania. Codziennie moi studenci oglądaliby jeden film, a potem dyskutowalibyśmy o nim. Raz na semestr każdy musiałby napisać e-booka na wybrany przez siebie temat. Często bowiem zapominamy, że biznes to nie sama sprzedaż – to także rozmowa z klientami, zrozumienie ich potrzeb, przekazywanie wiedzy, w końcu to eksperymentowanie.

Jakie przedmioty musieliby zaliczyć studenci?

  • Networking – zajęcia pokazujące istotę i znaczenie budowania sieci kontaktów.
  • Jak sprzedawać – wizja, motywacja, prezentacja, rozwiązywanie problemów klienta.
  • Negocjacje – te oznaczają bowiem wygraną dla obu stron, a nie wojnę o złote pióro notariusza.
  • Zasada 1 procenta – czyli każdego tygodnia staraj się być o jeden procent lepszy niż w ubiegłym – fizycznie, psychicznie, emocjonalnie.
  • Wymyślanie siebie na nowo – to czeka w życiu każdego i czasem potrzeba przy tym pomocy.
  • Przywództwo – jak stać się liderem, za którym będą podążać pracownicy i klienci, jak nauczyć się zarządzać swoim strachem i wizją.
  • Mistrzostwo – jak stać się mistrzem w wybranej dziedzinie. Mistrzostwo zaczyna się bowiem tam, gdzie kończy się formalna edukacja, a zaczyna praktyka i eksperymentowanie, niekonwencjonalne podejście do danego tematu.
  • Kreatywność – tego na rynku coraz bardziej brakuje. Dlatego codziennie powinniśmy usiąść z kartką i długopisem, a następnie zapisać kilka pomysłów – na siebie, na biznes, na życie.
  • Porażka – nikt nie uczy, jak sobie z nią radzić i nie pokazuje, jak zamienić ją w coś pozytywnego, np. w nowy początek.
  • Narzędzia – praktyczna wiedza o ich zastosowaniu, szczególnie tych technologicznych, bo zawsze przydadzą się w pracy i jesteśmy dzięki nim bardziej efektywni.
  • Otrzymywanie i dawanie – przedmiot, który nauczy, jak dzielić się wiedzą z innymi, jak im pomagać, ale zarazem jak zwracać się o pomoc, na co często nie pozwala nam duma. Zajęcia, które uczą, że warto sobie nawzajem pomagać.

Te umiejętności są naprawdę ważne i mam nadzieję, że już sam niedługo posiądę je wszystkie w stopniu mistrzowskim. Droga przedsiębiorcy to nie tylko pasmo sukcesów, porażek, zdobytych i przegranych klientów, ale także ciągły rozwój, nauka i obowiązek bycia lepszym. Bez tego naprawdę łatwo wypaść z rynku i zajmuje to zdecydowanie mniej czasu, aniżeli wchodzenie do biznesu.

 

Pomysły, które chcę wdrażać, albo już wdrażam, ale nie wiem jaki jeszcze będzie ich skutek, lecz chcę się nimi podzielić to …?

W najbliższym czasie czerwca skupiam się swoich klientach, pozyskiwaniu nowych oraz rozwoju agencji S Words – zarówno pod kątem zespołu, jak i tego, co robimy i będziemy robić. Cały czas pracuję też nad dwoma podręcznikami – jednym do social sellingu, a drugim do marketingu LGBT+. Mam nadzieję, że ukończę i wydam je, chociaż w formie elektronicznej, jeszcze w tym roku.